| BAROMETR RYNKU IT |
| [Spis treści] | TELEINFO nr 01/2000, 3 stycznia 2000 r. | [Strona główna] |
|
Marek Mejssner
Analitycy śledzą spór między USA i UE o ustalenie warunków działania e-biznesu, który zaznaczył się na forum WTO w Seattle. Czyżby e-biznes miał stać się ofiarą sporów politycznych, które doprowadzą do stworzenia dwóch osobnych zasad regulacji e-commerce: w UE i USA? Analitycy branży teleinformatycznej, zwłaszcza ci, którzy zajmują się Internetem, po nieudanej rundzie negocjacji w ramach WTO zaczynają z niepokojem mówić o takiej możliwości. W trakcie spotkania ujawniły się bowiem dwie wizje prowadzenia e-biznesu, które podzieliły uczestników globalnej gry rynkowej. Zakazać zakazów? Stanowisko USA jest jednoznaczne: sieć musi być przykładem wolnego handlu. Jakichkolwiek ograniczeń w elektronicznym biznesie powinno się zakazać na mocy porozumienia WTO. Oznaczałoby to dołączenie e-biznesu do regulacji WTO, czyli w chwili złamania przez któregokolwiek z sygnatariuszy zasady wolnego handlu w Internecie, podobnie jak w przypadku zakazanych działań protekcjonistycznych, sprawę można by wnieść przed forum WTO i w momencie udowodnienia winy, zastosować legalnie restrykcje wobec firm z kraju, który porozumienie złamał. Amerykanie chcieli przeforsować wstępne porozumienie dotyczące opracowania takiego aneksu do umowy WTO jeszcze w Seattle. Inni entuzjaści e-commerce tłumaczyli, jak bardzo - dzięki cyberwioskom i zamawianiu produktów przez Internet - będzie mógł się rozszerzać handel wewnętrzny. Ich receptą na biedę i zastój np. w Etiopii było finansowanie informatyzacji tego kraju. Najpierw w każdej wiosce powstanie jeden punkt informatyczny, dzięki któremu ludzie z różnych wiosek będą się mogli kontaktować szybciej niż przez telefon i wymieniać usługami. Na wyższych etapach rozwoju e-biznes mógłby natomiast służyć pozyskiwaniu partnerów handlowych na całym świecie oraz tworzeniu centrów produkcyjnych tam, gdzie produkcja jest tańsza. Te dalekosiężne plany nie odniosły jednak spodziewanych efektów, gdyż Europejczycy dostrzegli wyłaniający się zza stanowiska amerykańskiego cień bananów i wszczęli ostrą kontrakcję. Owoce niezgody Banany spowodowały najostrzejszy konflikt handlowy między Waszyngtonem a Brukselą od momentu powstania WTO. Wziął się on z praktyk stosowanych po cichu przez Komisję Europejską od dobrych kilkudziesięciu lat za aprobatą członków UE. Unia jada wyłącznie banany afrykańskie i to tylko te, które pochodzą z byłych kolonii francuskich i brytyjskich. Jest to rodzaj subwencji od eks-kolonizatorów dla państw afrykańskich, jako że tamtejsze banany są drogie. Istnieją też tańsze banany - z Ameryki Łacińskiej i Południowej. Konsumują je Stany oraz spora część Azji i Europy z wyjątkiem UE, która za pomocą ceł, kontyngentów i przepisów normalizacyjnych nie dopuszcza ich na swój rynek. Konflikt ten zamienił się w wojnę handlową USA-UE i doprowadził do nałożenia restrykcyjnych ograniczeń na firmy przetwórstwa rolnego z UE działające w USA, zaaprobowanych przez WTO. Wywołał też akcję antyimportową, obejmującą głównie francuskie produkty spożywcze jak wina czy sery. Paryż najbardziej forsował bowiem "bananowe restrykcje" w Komisji Europejskiej. Zastrzeżenia Od tego czasu Francja ma porachunki z Ameryką i to właśnie francuska dyplomacja przyczyniła się do storpedowania amerykańskich wysiłków na rzecz wolnego handlu w Internecie. W Seattle przedstawiciele rządu z nad Sekwany, nie negując sedna propozycji USA, postawili kilka istotnych zastrzeżeń. Pierwsze z nich brzmi: jak mają być rozliczane transakcje internetowe i gdzie wobec tego płacić podatki? Europejczycy uznają zasadę nadrzędności siedziby kupującego i nawet opracowują dyrektywę, która ma pozwolić na oskarżenie firmy sprzedającej na rynku UE przed sądem któregokolwiek z państw UE, jeśli sprawa dotyczy niewywiązywania się z warunków umowy (np. sprawy o reklamacje). Amerykanie przyjmują zasadę nadrzędności sprzedającego - w miejscu gdzie znajduje się siedziba spółki, tam można ją oskarżyć. To samo dotyczy podatków. UE chce, aby płacono je po stronie kupującej, co USA uznają za restrykcyjne i hamujące rozwój e-commerce i wolałyby, aby płacono je w kraju sprzedającego. Drugie zastrzeżenie dotyczyło proponowanego zawieszenia ceł w Internecie - jakie byłyby mechanizmy kompensujące dla gospodarki państw słabszych? Francuzi nie taili, że uważają e-biznes za narzędzie do zwiększenia wpływów USA w świecie. Ludność USA to 5,2 proc. całej populacji globu, ale aż 53 proc. użytkowników Internetu. W Internecie obecnych jest najwięcej (procentowo) firm amerykańskich. Stosunek do działających w sieci firm europejskich wynosi 4,87:2,23. Jeśliby policzyć firmy azjatyckie, to dobrze wypada tylko Japonia; z resztą Azji ten sam stosunek wyniósłby jedynie 5,7:1,3! Stad też francuskie półsłówka o możliwości całkowitego zdominowania e-biznesu przez koncerny amerykańskie, które za pośrednictwem sieci będą szukać tanich centrów produkcyjnych, porzucanych natychmiast kiedy pracownicy zażądają lepszych warunków pracy. Poza tym sami Amerykanie przyznają, że dla rozwinięcia biznesu sieciowego prócz fachowców w zakresie marketingu, promocji, informatyków i webmasterów oraz analityków potrzeba jeszcze bardzo dobrze rozwiniętej sieci dystrybucji, transportu, dobrej kondycji finansowej firmy, aby mogła ona udźwignąć ciężar dość kosztownych inwestycji w e-biznes. - Być może jesteśmy świadkami rodzenia się nowego rodzaju systemu restrykcji handlowych - protekcjonizmu sieciowego. Jeśli tak jest, niech Bóg zmiłuje się na światową ekonomiką, a zwłaszcza nad rynkami finansowymi. Następny kryzys może być bowiem dotkliwy i długotrwały w skutkach - ostrzegł w Seattle Tom Price z Bank of New York. |