| TYDZIEŃ W TELEKOMUNIKACJI |
| [Spis treści] | TELEINFO nr 01/2000, 3 stycznia 2000 r. | [Strona główna] |
|
Paweł Rożyński
Końcówka roku była zaiste ekspresowa. Minister skarbu odrzucił konkury France Telecom o rękę TP SA, a minister łączności ogłosił przetarg na kolejne licencje lokalne w warszawskiej strefie numeracyjnej. - Nie odważy się tego zrobić - prognozowali analitycy, komentując pogłoski o możliwości unieważnienia przez ministra skarbu przetargu na inwestora strategicznego TP SA. Sygnały dobiegające z resortu (minister informował, że w razie niepowodzenia rozmów z Francuzami jest gotów ogłosić nowy przetarg lub sprzedać kolejną transzę akcji TP SA na giełdzie) poczytywano za grę z France Telecomem i próbę wyciśnięcia z Francuzów więcej pieniędzy za pakiet TP SA. Jeszcze w dniu ogłoszenia decyzji przez ministra Emila Wąsacza wierzono w dogadanie się resortu z FT, o czym miał świadczyć przylot do Warszawy Michela Bona, prezesa France Telecomu. Przypuszczano, że przyjedzie on dopiero wtedy, kiedy wszystko będzie zapięte na ostatni guzik i wtedy tylko złoży na papierze swój podpis. Prezes Bon chciał jeszcze negocjować; przyjechał jednak tylko po to, by dowiedzieć się, że niepotrzebnie wydał pieniądze na przelot z Paryża do Warszawy. Ministerstwo Skarbu odrzuciło ofertę France Telecom TP SA i zapowiada nowy przetarg zaraz po Nowym Roku. Min. Wąsacz uznał, że oferta nie była satysfakcjonująca. Chodziło nie tylko o proponowaną cenę akcji, ale i zobowiązania inwestycyjne, koncepcję zarządzania firmą oraz pozycję skarbu państwa w przyszłości. Według nieoficjalnych informacji, France Telecom zaproponował ok. 2,5 mld USD za 30 proc. akcji TP SA, czyli cenę za akcję odpowiadającą mniej więcej kursowi. Oznacza to, że nie doliczył nawet tradycyjnej dopłaty za prawo zakupu pakietu strategicznego, która zwykle wynosi 20-30 proc. wartości giełdowej. Tymczasem resorty łączności i skarbu spodziewały się za podobny pakiet sumy nawet o połowę większej. Skoro tak zła była ta oferta (faktycznie nie wygląda na rewelacyjną), po co minister ogłaszał wcześniej, że jest z niej "umiarkowanie zadowolony"? Ministerstwo Skarbu zamierza powtórzyć przetarg niedługo po Nowym Roku i oczekuje, że zgłosi się więcej niż jedna firma. Nieoficjalnie mówi się o British Telecommunications, Telecom Italia, a nawet Deutsche Telekom. Analitycy są zdania, że resort skarbu nie unieważniłby przetargu, gdyby nie było chętnych na akcje naszego telekomu. Pytanie, czy firmy te będą skłonne zapłacić więcej za akcje TP SA. To raczej wątpliwe, bo narodowe telekomy nie są ostatnio w modzie. Prawdziwy biznes to telefonia komórkowa i Internet. Do przetargu zaproszony ma być również France Telecom. Firma ta zapowiedziała już, że weźmie w nim udział. Oznacza to, że nie będzie skarżyć resortu skarbu i domagać się odszkodowania. Sprzedaży akcji Ministerstwo Skarbu oczekuje w pierwszym półroczu 2000 r. Najprawdopodobniej będzie wystawiony na sprzedaż podobny pakiet jak w unieważnionym przetargu (25-35 proc. akcji), ale min. Wąsacz zapowiada "pewną elastyczność". Nie przewiduje się też zmiany doradcy prywatyzacyjnego (konsorcjum ING-Nicom). Paradoksalnie unieważnienie przetargu przyniosło chwilę wytchnienia TP SA od wewnątrz. Związki groziły strajkiem "w krótkim czasie", twierdząc, że nie negocjowano z nimi pakietu socjalnego w związku z wejściem inwestora strategicznego. Na razie Przynajmniej na razie będzie spokój. Warszawski kocioł Tego samego dnia - 22 grudnia ub.r. minister skarbu unieważnił jeden przetarg, minister łączności ogłosił zaś inny. Szef resortu łączności chce przyznać kolejne dwie koncesje na budowę konkurencyjnych dla TP SA sieci telefonicznych w warszawskiej strefie numeracyjnej. Jedna z koncesji da prawo do działalności w Warszawie i okolicach z wyjątkiem gmin: Leoncin, Nowy Dwór Maz., Pomiechówek, Zakroczym, Celestynów, Józefów, Karczew, Otwock, Wiązowna, Czosnów, Góra Kalwaria, Konstancin Jeziorna, Lesznowola, Piaseczno, Prażmów, Raszyn i Tarczyn. Do budowy i obsługi sieci telefonicznej w wymienionych gminach upoważni zaś druga koncesja. Rozstrzygnięcie przetargu ma nastąpić w lutym. W warszawskiej strefie numeracyjnej działa już dwóch konkurentów TP SA: Netia i El-Net. Przetarg jest ewidentnie próbą znalezienia salomonowego wyjścia z klinczu, w jakim znalazło się ministerstwo po rozstrzygnięciu pierwszego przetargu o stolicę. Niezadowolona z wyniku Netia zaskarżyła decyzję ministra o przyznaniu koncesji El-Netowi do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Min. Srebro może tę sprawę przegrać, co zburzyłoby całą jego strategię. Z drugiej strony, przyznanie koncesji na całe województwo kolejnej firmie to proces z El-Netem. Minister zaproponował więc, że przyzna dwie koncesje na dwie różne części dawnego woj. warszawskiego. Jedna z koncesji szalenie kusi Netię, która może działać tylko w najmniej lukratywnej części warszawskiej strefy numeracyjnej - bez stolicy. Z drugiej strony minister miał prawo przypuszczać, że El-Net jest zainteresowany rozszerzeniem swej warszawskiej koncesji, która nie obejmuje terenów zajętych wcześniej przez Netię. Wtedy wilk byłby syty i owca cała. Minister może się jednak przeliczyć. Co prawda takie rozwiązanie spodobało się Netii, która zamierza wycofać sprawę z NSA, jeśli warunki przetargowe ją zadowolą, jednak bardzo zdenerwowało Elektrim. Firma ta ma zapłacić za otrzymaną już warszawską licencję astronomiczną kwotę 245 mln EUR (część pieniędzy resort łączności już zainkasował) i ma duże opóźnienia w uruchamianiu sieci w Warszawie. Najpierw resort zwlekał z wydaniem licencji ze strachu przed zaskarżeniem decyzji przez pokonaną Netię, a teraz dorzuca Elektrimowi konkurenta! Tymczasem w zamian Elektrim może liczyć na zajęcie mało zyskownych obszarów podmiejskich. Dlatego zanosi się na awanturę przed NSA. Mówi się nawet o tym, że warszawski holding rozważa odmowę zapłacenia całej kwoty za warszawską licencję. Minister Srebro twierdzi, że nigdy nie gwarantował Elektrimowi, że nie zwiększy konkurencji jeszcze przed planowanym otwarciem rynku telekomunikacyjnego w 2001 r. I wierzy, że z punktu widzenia litery prawa ma rację. W koncesji takich obietnic nie ma. Elektrim twierdzi jednak, że z pisma przewodniczącego komisji przetargowej wyraźnie wynikało, że ma być wydana tylko jedna licencja do czasu liberalizacji rynku. Jeśli wziąć pod uwagę ducha prawa, rację ma również Elektrim. Dotychczasowa praktyka była taka, że w każdym województwie przydzielano koncesję jednemu konkurentowi TP SA i Elektrim miał prawo przypuszczać, że tym razem będzie podobnie. Kontratak Elektrimu Przeprawa z Elektrimem nie będzie dla resortu łączności łatwa. Tym bardziej, że za spółką stoi już potężny partner - francuski Vivendi. Elektrim pokazał już zęby na innym polu walki. Warszawski holding, mimo protestów Deutsche Telekom, przeniósł swoje udziały w Polskiej Telefonii Cyfrowej do spółki Elektrim Telekomunikacja. Zaraz potem zagroził DT, że postara się zmusić tę firmę, by na mocy umowy wspólników PTC odsprzedała Elektrimowi udziały w PTC po cenie księgowej, symbolicznej w stosunku do ich rynkowej wartości. Elektrim zażądał od DT naprawienia szkód wynikających z naruszenia umowy wspólników i dał mu na to 20 dni roboczych. Zarzuca Niemcom m.in. nielojalność, działanie na szkodę spółki, nielegalne próby wywierania wpływu na członków Rady Nadzorczej Elektrimu, a także nabycia udziałów PTC i składania w sposób sprzeczny z prawem propozycji "członkom władz niektórych udziałowców mniejszościowych w PTC". Międzynarodowe obejście Elektrim uderza też w TP SA. Oczywiście pośrednio, bo przez swą spółkę PTC. Usługa, którą wprowadziła 20 grudnia ub.r. PTC, może zrewolucjonizować rynek usług międzynarodowych, na które do końca 2002 r. monopol ma TP SA. Era porozumiała się z działającym w Polsce service providerem Zephyr Poland i za jego pośrednictwem na bazie usługi Eranet tansmitowane są rozmowy za granicę. Co jednak najważniejsze - transmisja nie będzie głosowa, lecz za pomocą pakietów danych. Według wykładni Międzynarodowej Unii Telekomunikacyjnej taka usługa nie jest już połączeniem telefonicznym. Dlatego trudno będzie Ministerstwu Łączności i TP SA zarzucić Erze łamanie ustawy o łączności. W Czechach, gdzie taką usługę wprowadził operator Radiomobil, doszło do awantury zakończonej się w sądzie, który odrzucił oskarżenia dotychczasowego monopolisty. Podobnie może być w Polsce, gdyby sprawa stanęła na ostrzu noża. Ministerstwo Łączności już wydało z siebie groźne pomruki. Uważa, że taka praktyka jest nielegalna i "nie zamierza się temu bezczynnie przyglądać". Argumentacja resortu jest prosta: nie jest ważne, jaką techniką są realizowane połączenia międzynarodowe, taki przywilej ma tylko TP SA - koniec, kropka. Awantury raczej na razie nie będzie. Choćby dlatego, że nie wiadomo, czy usługa się przyjmie. Wiele osób może wciąż wybierać tradycyjny sposób dzwonienia z komórki za pośrednictwem TP SA. Mankamentem nowego rozwiązania jest gorsza jakość połączeń i fakt, że rozmowa nie odbywa się w czasie rzeczywistym. Poza tym tylko część klientów Ery może korzystać z nowej usługi - 1,2 mln opłacających abonament - a Era nie zamierza jej specjalnie reklamować, aby nie drażnić telesmoka. Autor jest dziennikarzem "Gazety Wyborczej"
ELEKTRIM, Pańska 77/79, 00-834 Warszawa, tel. (22) 652 89 40
|