| PR2000 - FAKTY I ANALIZY |
| [Spis treści] | TELEINFO nr 02/2000, 10 stycznia 2000 r. | [Strona główna] |
|
Andrzej Horodeński
Odetchnąwszy z ulgą, świat jest najwyraźniej zdziwiony, że nie nadeszła globalna katastrofa. W niektórych reakcjach idzie nawet dalej - czuje się oszukany i podejrzewa, że został nabity w butelkę przez podstępnych informatyków. Świat, zaludniony przez mieszkańców masowej wyobraźni i kształtowanych przez media (cytując byłego klasyka), oczekiwał na pokaz stulecia. Stosy jądrowe miały się rozszaleć, przestępcy - sterroryzować pozbawione energii metropolie, pieniądze - przepaść na znikających kontach bankowych... A tu nic. Poza kilkoma śmiesznymi przygodami w rodzaju stuletnich noworodków i darmowych biletów parkingowych, praktycznie nic się nie stało. Zwycięstwo okazało się tak przygniatające, że może powstać wrażenie, iż przeciwnik w ogóle się nie pojawił. Ten nastrój rozczarowania to zjawisko dość nieoczekiwane. Nie jest więc dziwne, że pojawiły się głosy, iż Y2k był humbugiem, produktem chorej wyobraźni i wybujałych ambicji informatyków, którzy sami stworzyli okazję, by naciągnąć społeczeństwo na trochę dodatkowych dolarów. Jeśli tego rodzaju poglądy tworzy ktoś nie mający pojęcia o informatyce, to trudno, jego prawo. Gorzej, że wśród głoszących tego rodzaju poglądy znalazło się wiele osób wypisujących sobie na wizytówce "Chief information officer", "Information systems specialist" albo coś podobnego. I to jest kompromitacja - bo twierdzenie, że nic się nie zdarzyło ponieważ nie było problemu, świadczyć może tylko o tym, że wypowiadający się nie ma zielonego pojęcia o najzupełniej podstawowych zasadach działania komputera. Za to, żeby "nic się nie stało", świat zapłacił ok. 500 mld USD. Dla porównania - historycy szacują, że wydatki na całą II wojnę światową wyniosły ok. biliona, tj. tysiąca miliardów dolarów. Batalia przeciw wirusowi milenijnemu stanowiła zatem - w wymiarze finansowym - ekwiwalent kosztów połowy największej z wojen światowych! Przeanalizujmy nieco dokładniej, co tak naprawdę się stało i co (prawdopodobnie) dzieje się nadal. Natykając się na błąd oprogramowania system komputerowy może zareagować na jeden z trzech sposobów. Po pierwsze, program całkowicie przestaje działać (informatycy mówią, że program się zawiesza, "idzie w maliny", "wykrzacza się" lub jeszcze gorzej), bywa też, że wraz z nim "wykrzacza się" również system operacyjny. Po drugie, program jest w stanie samodzielnie opanować powstałą awarię - błędnie zaprogramowana operacja nie zostaje wykonana albo zostaje przeprowadzona w sposób odmienny od oczekiwanego, lecz program działa nadal. Po trzecie, program nie tylko nadal działa, lecz wysyła na konsolę operatora komunikat o błędzie, na ogół z dość dokładnym jego opisem. Każdy z wymienionych rodzajów błędu przejawia się w zupełnie odmienny sposób. W przypadkach pierwszym i trzecim sytuacja jest w miarę jasna, ponieważ natychmiast widać skutki w postaci czy to zatrzymanego procesu, czy to mniej lub bardziej przejrzystego komunikatu wygenerowanego przez samą maszynę. W tych sytuacjach analityk wykonujący diagnozę na ogół bez większego trudu określa miejsce i przyczynę wystąpienia błędu, a to daje podstawy do skutecznej interwencji. Najgorszy jest przypadek drugi - gdy nie ma bezpośrednich dowodów zaistnienia sytuacji awaryjnej ani tym bardziej informacji o jej naturze. Błędy tego rodzaju można wykryć przeważnie dopiero po żmudnej analizie wyników działania programu, które w wielu przypadkach mogą robić wrażenie prawidłowych. Przykładem analizy tego rodzaju przypadków byłoby wielogodzinne przeliczanie na liczydłach operacji arytmetycznych dokonywanych na wielkich zbiorach liczb - operacja dobrze znana księgowym starszego pokolenia. Analizując przebieg przechodzenia liczników lat przez zero nie sposób pominąć trzech wymienionych sytuacji. Rzekomy brak problemu milenijnego jest prostym następstwem skutecznego wytępienia błędów pierwszego i trzeciego rodzaju. W świetle ogromu środków spożytkowanych na walkę z wirusem milenijnym byłoby doprawdy dziwne, gdyby gdzieś się jeszcze błędy tej klasy się przechowały. Natomiast nadal nie ma pewności, że wytropione zostały wszystkie błędy należące do drugiego z wymienionych typów i, prawdę mówiąc, pewności tej nie będzie jeszcze bardzo długo. Tak więc "pluskwy milenijne" należy dziś podzielić na dwie grupy - te, które już zadziałały (bądź nie nastąpiły na skutek wcześniejszego wykrycia i usunięcia), oraz te, które dopiero zadziałają lub działają w sposób mało widoczny. Te ostatnie to będą na ogół błędy drugiego rodzaju (według podanej wyżej typologii), przejawiające się na przykład w postaci fałszywych prognoz, nieprawidłowych wyników badań statystycznych czy niewłaściwie naliczonych opłat. Jeżeli te fałszywe obliczenia będą dotyczyć prognoz pogody dla żeglugi lub lotnictwa, albo danych epidemiologicznych, albo choćby analiz rynkowych, to miej nas Panie Boże w swej opiece... Wreszcie, last but not least, spośród milenijnych awarii należy wyodrębnić te, które przedostają się do wiadomości publicznej oraz te, o których społeczeństwa nic nie wiedzą. Jest rzeczą dość zrozumiałą, że każda instytucja czy firma, która potknęła się o problem zmiany daty, ma skłonność do jak najgłębszego ukrywania tego faktu przed opinią publiczną - bo nikomu on chluby nie przynosi. Najlepszym dowodem jest los pewnego meksykańskiego banku, który szczerze przyznał się do braku przygotowania do Y2k i... w szybkim tempie zbankrutował na skutek masowego wycofywania wkładów przez klientów. Wystarczy prześledzić listę wiadomości o przejawach działania Y2k - zdecydowanie dominują te przypadki, których i tak nie dałoby się ukryć: nie działające parkomaty i bankomaty, awarie systemów ogrzewczych, brak prądu itp. Co więcej, analiza dostępnych informacji prowadzi do wniosku, że najbardziej ucierpiały Stany Zjednoczone i Japonia, zaś najlepsze na świecie komputery pracują w krajach b. Związku Radzieckiego. Oczywiście, byłby to wniosek fałszywy. Jak można było przewidzieć, tylko w krajach demokratycznych o utrwalonej, wysokiej kulturze jawności działania instytucji publicznych do powszechnej wiadomości wydostały się informacje o (drugorzędnych skądinąd) niesprawnościach systemów siłowni jądrowych czy satelitów telekomunikacyjnych. Skala operacja i jej stawka dają podstawy do twierdzenia, że walka z wirusem milenijnym jest czymś w rodzaju wojny. Pierwsza, i zapewne najważniejsza bitwa została wygrana i to tak zdecydowanie, że zwycięzcy są skłonni wątpić, czy w ogóle jakaś walka miała miejsce. Zaczął się drugi etap tej batalii, w przeciwieństwie do pierwszej frontalnej potyczki mający raczej charakter podjazdowy i partyzancki. Całej wojny raczej nie przegramy, ale nie zapominajmy, że według oszacowań analityków na ujawnienie się 50 proc. błędów daty trzeba poczekać co najmniej trzy kwartały. Nie lekceważmy więc przeciwnika i zachowujmy ostrożność, bo tu i ówdzie możemy jeszcze ponieść bolesne straty. |