| TYDZIEŃ W TEKEKOMUNIKACJI |
| [Spis treści] | TELEINFO nr 02/2000, 10 stycznia 2000 r. | [Strona główna] |
|
Paweł Rożyński
Ubiegły rok miał być wyjątkowo pomyślny dla branży telekomunikacyjnej. Rzeczywistość okazała się inna.
Przychody firm rosły, abonentów przybywało, a resort łączności przyznał koncesję warszawską i nowe częstotliwości sieciom komórkowym. Nie udało się jednak wyłonić inwestora strategicznego dla Telekomunikacji Polskiej ani jej konkurentów w łączności międzystrefowej. Sylwesterowe rozmowy Duża część pracowników firm telekomunikacyjnych nie mogła sobie pozwolić na sylwestrowe szaleństwa. Niektórzy siedzieli w centrach dowodzenia, inni na balu w napięciu oczekiwali telefonu i wezwania do pracy. To mogło się zdarzyć. Na szczęście milenijna pluskwa okazała się niegroźna. Przynajmniej na razie. Nie wiadomo do końca, czy była tylko upiorem stworzonym przez firmy informatyczne, czy też okazała się niegroźna po tym, jak kosztem kilkuset miliardów dolarów (wedle różnych szacunków od 200 do 600) przeczesano i zmodyfikowano systemy informatyczne. Są tacy, którzy twierdzą, że przedwcześnie odtrąbiono zwycięstwo i jeszcze z opóźnieniem pluskwa może o sobie dać znać. I to przez cały rok 2000. Najważniejsze jest to, że mogliśmy złożyć życzenia bliskim przez telefon, choć czasem z opóźnieniem, bo sieci telekomunikacyjne były, jak co roku o północy 31 grudnia, przeciążone. Operator komórkowy Plus GSM obliczył, że natężenie ruchu w jego sieci było wówczas czterokrotnie wyższe niż normalnie w godzinach szczytu. Rekordowe nasilenie rozmów odnotowano w Zakopanem, gdzie było ich dziesięć razy więcej niż w godzinach szczytu w dzień powszedni. W ciągu pierwszych dwóch godzin nowego roku właściciele komórek wysłali sobie kilkaset tysięcy SMS-ów (160 tys. w samej sieci Plus). Prawdziwą pluskwę milenijną podrzuciła za to abonentom Telekomunikacja Polska. Otóż w przeddzień sylwestra poinformowała ona o podwyżce cen swoich usług. I tak w styczniu br. drożeją lokalne rozmowy telefoniczne oraz abonament miesięczny. W TP SA podkreślają, że jednocześnie zostaje wprowadzona promocja. Do końca marca w weekendy rozmowy mają być, według TP SA, dwukrotnie tańsze. To nie jest jednak do końca prawda. Impuls w rozmowach lokalnych będzie naliczany co sześć minut, a nie co trzy jak obecnie. I jeśli ktoś dzwoni często i krótko np. po kilkanaście czy kilkadziesiąt sekund wcale nie zapłaci dwukrotnie mniej. Za TP SA pójdą na pewno pozostali operatorzy telefonii stacjonarnej, którzy od lat narzekają na wadliwą strukturę taryf w Polsce. Teraz poprawi się stosunek cen rozmów lokalnych do długodystansowych zgodnie z zaleceniami Unii Europejskiej. Żeganaj, Polpagerze Nowy rok stał się jednocześnie końcem weterana polskiej łączności przywoławczej. Ostatecznie przestała istnieć sieć pagerów Ogólnopolskiego Systemu Przywoławczego Polpager, który działała na dolnym paśmie UKF, wykorzystując nadajniki stacji radiowych. Razem z ich programem płynęły zakodowane informacje dla właścicieli pagerów. Operatorem systemu, który należał do "polskiego biznesu" (do niedawna właścicielem był Jacek Szymoński) była TP SA. Polpager miał oficjalnie 8 tys. abonentów (nieoficjalnie 6 tys.), którzy dopiero w ostatnich dniach grudnia dostali propozycję przejścia do innej i praktycznie ostatniej na rynku sieci pagerów Metro-Bip. Trudno się więc dziwić się, że są mocno niezadowoleni ze sposobu potraktowania. Szefowie TP SA i właściciel Polpagera liczyli do ostatniej chwili, że resort łączności się ugnie i zezwoli na działalność stacji radiowych w dolnym UKF. Pomylili się, przy czym najbardziej stracili abonenci Polpagera, którzy nie mieszkają w zasięgu nowej sieci lub dużo podróżują po kraju. A takich może być sporo, zważywszy na fakt, że Metro-Bip ma znacznie mniejszy zasięg niż Polpager (około 65 proc. terytorium w porównaniu z 90 proc. w przypadku Polpagera). Ani TP SA, ani właściciel sieci, grupa Polpager nie przewidują dla nich żadnej rekompensaty. Tłumaczą, że zamknięcie dolnego zakresu UKF to siła wyższa i zgodnie z regulaminem można zawiesić usługę. W Metro-Bip dawni abonenci Popagera dostaną za darmo nowy pager i będą płacić zbliżony abonament. Szefowie Polpagera liczą, że z oferty skorzysta trzy czwarte abonentów. Pozostaje jednak pewien niesmak po sposobie załatwienia tej sprawy. Koniec Polpagera oznacza również powstanie monopolisty w dziedzinie pagingu. Metro-Bip ma - według swoich danych - 20 tys. abonentów i drugie tyle klientów w systemie bezabonamentowym. Wcześniej Metro-Bip wykupił tak duże sieci jak Telepage czy Easy Call i nie ma na rynku praktycznie żadnego rywala. Tymczasem jeszcze kilka lat temu sieci przywoławcze miały łącznie blisko 100 tys. klientów i świetlane perspektywy. Populane komórki okazały się być jednak na nie wyrokiem śmierci. Tylko Metro-Bip ocalał i z trudem utrzymuje się na powierzchni, oferując nowe usługi; np. można za pomocą pagera uruchomić immobilizer jeśli zorientujemy się, że pod oknem nie ma naszego ukochanego samochodu. Jaki to był rok? Koniec roku to okazja do podsumowań. Czy był to dobry rok dla branży telekomunikacyjnej? Oczywiście to kolejny rok szybkiego jej rozwoju, znacznie szybszego niż wzrost polskiego PKB. Niby podjęto ważkie decyzje, ale ich skutków jeszcze nie widać. Np. Ministerstwo Łączności ogłosiło przetarg na konkurencyjną dla TP SA łączność międzymiastową, ale jak dotąd zapowiadanych trzech licencji nie przyznało. Oferenci muszą przy tym borykać się z nieżyciowym polskim prawem. Może o tym świadczyć przykład z ostatnich kilku dni. Jeden z największych udziałowców Netii 1 BRE Bank odsprzedał swoje udziały w konsorcjum (22 proc.) tajemniczej spółce Damak i oświadczył, że już nie ma udziałów w Netii 1. Ma to wszystko związek z fuzją BRE z Bankiem Handlowym, który ma większość udziałowców zagranicznych. Powoduje to, że udział kapitału zagranicznego w Netii 1 przekroczyłby 49 proc., a tyle właśnie wynosi ograniczenie dla obcego kapitału u operatorów obsługujących m.in. łączność międzymiastową. Nie byłoby może w całym wydarzeniu nic szczególnego, gdyby nie fakt, że Damak jest spółką ze 100-procentowym udziałem BRE. Ale Damak występuje już jako podmiot polski. Tak właśnie obchodzi się nieżyciowe przepisy. Z drugiej strony, najprawdopodobniej zrezygnuje z przetargu jedno z trzech konsorcjów zawiązanych wokół PKP i brytyjskiej firmy National Grid. Brytyjczycy zmienili zdanie i chcą się wycofać, ryzykując utratę wadium. Innym wielkim wydarzeniem minionego roku było rozstrzygnięcie przetargu na budowę sieci telekomunikacyjnej w Warszawie i okolicach oraz wręczenie licencji El-Netowi. Cóż z tego, skoro firma nie zaczęła jeszcze świadczenia usług i ma to nastąpić najwcześniej w lutym przyszłego roku. Tu winne są obie strony: ministerstwo, bo opóźniało rozstrzygnięcie przetargu (nie wchodzę tu w rozważania czy słusznie, czy nie), zaś El-Net, bo jego spółka matka Elektrim borykała się z kłopotami finansowymi, do których przyczynił się konflikt z Deutsche Telekomem o kontrolę nad Polską Telefonią Cyfrową. Ten konflikt był jednym z kilku najważniejszych tegorocznych wydarzeń w polskiej branży telekomunikacyjnej. Kolejny etap prywatyzacji TP SA i sprzedaż 25-35 proc. akcji firmy miały być wielkim sukcesem rządu, ale nie były. Do przetargu zgłosili się tylko dwaj zagraniczni operatorzy: amerykański SBC i France Telecom. Ostatecznie SBC wycofał się, sarkając na niejasne polskie przepisy i brak jasnej wizji rządu co do telekomunikacji. Wkrótce potem Ministerstwo Skarbu Państwa odrzuciło ofertę Francuzów, unieważniając przetarg. Do przetargowej klęski należy dodać, że TP SA wciąż nie ma silnego konkurenta w telefonii stacjonarnej. Żadnej z prywatnych sieci nie udało się nawiązać ostrej wali z TP SA. Jedynie Netia ma poważniejszą liczbę abonentów - 250 tys., a w przyszłym roku chce mieć 400 tys. Duopol w komórkach Mogłoby się wydawać, że jest znakomicie przynajmniej w dziedzinie telefonii komórkowej. Wielkość tego rynku potrajała się rocznie w Polsce w ostatnich latach i mamy już 4 mln użytkowników komórek. Ale, z drugiej strony, nie nastąpiło nic przełomowego (porównywalnego choćby z wprowadzeniem systemu bezabonamentowego przez sieci komórkowe w 1998 r.). Jest też inny problem - rynek zdominowały dwie sieci: Era i Plus, które za swoje usługi każą sobie słono płacić. Pierwsza z nich ma 1,7 mln użytkowników, druga - 1,6 mln. Centertel, który dopiero od marca br. będzie mógł korzystać z nowych częstotliwości GSM 900, ma zaledwie 700 tys. w obu swoich sieciach i zdaniem analityków nie ma już szans na dogonienie konkurencji. To efekt spóźnionego przydzielenia Centertelowi licencji GSM. Owszem, w zasięgu sieci 1 marca br. znajdzie się 40 proc. terytorium z 65 proc. rodaków, a połowie 2001 r. cała Polska, ale zanim to nastąpi, konkurenci mogą jeszcze bardziej zdystansować Centertela. Zapowiedzią tego są już tragiczne wyniki III kwartału ub.r., kiedy to na Ideę przypadło tylko 7 proc. wszystkich nowych abonentów komórkowych. Naiwnością okazały się nadzieje na spadek cen usług sieci komórkowych. Ceny nawet nie drgnęły, nie licząc spadku opłat za połączenia nocne i z pocztą głosową. Mamy za to bardzo duże dopłaty operatorów do sprzedaży telefonów i podłączenie do sieci. Można zostać abonentem już za 99 zł, choć przeciętny koszt wyprodukowania aparatu jest nie mniejszy niż 500 zł. Pod koniec przyszłego roku konkurencja w telefonii komórkowej jednak się zaostrzy (Centertel będzie już kończyć rozbudowę swej sieci) i można się spodziewać spadku cen rozmów, które są u nas znacznie droższe niż w sąsiednich Czechach, we Włoszech czy Finlandii. Na spadek cen wpłynie też zapewne fakt, że - uwzględniając niską zamożność naszego społeczeństwa - osiągniemy już nasycenie rynku. Nie należy też zapominać, że w ciągu dwóch lat mogą pojawić się w Polsce operatorzy systemu UMTS. Ma ich być łącznie około pięciu - konkurencja na rynku byłaby więc znacznie silniejsza. Ceny rozmów zapewne spadną, ale analitycy spodziewają się, że operatorzy powetują sobie tę stratę podnosząc ceny telefonów (wprawdzie w znacznie mniejszym stopniu). To już jest światowa tendencja. Wciąż dużo abonentów zmienia w Polsce sieć. Ciekawą inicjatywą było wprowadzenie jesienią systemu lojalnościowego "Stokrotka", który ograniczył to zjawisko w najbardziej dotkniętej nim Erze GSM. Niestety, usługi dodatkowe w telefonii komórkowej nie rozwijały się aż tak szybko jak się spodziewano. Stało się tak, choćby w przypadku systemu bezabonamentowego, który wybiera co trzecia osoba, a we Włoszech jest to 80-90 proc. Co prawda pojawiły się coraz lepsze serwisy informacyjne, ale transmisja danych jest wciąż zbyt wolna. Za wolny i za drogi jest też dostęp do Internetu. Autor jest dziennikarzem "Gazety Wyborczej"
|