TELE@INFO
[Spis treści] TELEINFO nr 06/2000, 7 lutego 2000 r. [Strona główna]

Rewolucja i interesy

Andrzej Horodeński

Kariera Linuxa to jedno z najdziwniejszych zjawisk w całej historii biznesu informatycznego. Nie jest jednak prawdą, że źródłem jego siły jest darmowość czy otwartość kodu, z którego każdy może czerpać do woli i bez ograniczeń w nim majstrować. Wspólne dobro wytwarzane kolektywnym wysiłkiem programistów wszystkich krajów, ożywianych ideą software'u jako darmowego dobra publicznego - takiej utopii nie wymyśliłby ani Thomas More, ani Marks do spółki z Engelsem.

Wśród "wielkich" systemów operacyjnych (VMS, Unix, Windows, IBM-owskie OS-y) Linux to parias, przybłęda bez rodowodu i poparcia żadnej z gigantycznych fortun, jeździec znikąd, wyniesiony na szczyty dzięki uwielbieniu mas. Coś jakby przywódca i symbol powstania ludowego, wznieconego w proteście wobec egoizmu kast rządzących przez masy w konsekwencji wzrostu ich świadomości, że są oszukiwane, wyzyskiwane i pozbawiane należnych im praw. Linux - informatyczny Spartakus, Pugaczow i Pancho Villa w jednym pakiecie, dla niepoznaki przebrany za ciąg bitów zapisanych na dysku kompaktowym.

Dla charyzmy Linuxa to oczywiście bardzo ważne, że jest on darmowy, ale to nie tłumaczy do końca przyczyn, dla których osiągnął dzisiejszą pozycję. Siłą, która wyniosła go na szczyty powodzenia, musiało być jakieś społeczne zapotrzebowanie, stan wyczekiwania na sygnał do ataku. Żaden przywódca ludowy nie wywołał powstania tylko siłą swej perswazji; był tylko tym ostatnim kamykiem, którego poruszenie uruchomiło lawinę od dawna gotową do runięcia na skostniały świat. Może to tylko czysty przypadek, że właśnie Linux zdobył pozycję przywódcy, a nie np. również darmowy FreeBSD. Myślę, że wygraniu przez Linuxa batalii o przywództwo w obozie poważnie sprzyjało uniwersyteckie, arystokratyczne pochodzenie tego ostatniego. W świecie informatyki uniwersytety, przynajmniej te w Stanfordzie, Berkeley i Massachusetts, mimo wszelkich pozorów w postaci bród, wytartych swetrów i "garbusów" w ciapki, sytuują się znacznie bliżej biznesowych elit niż buntowniczo nastrojonych półkonspiratorów spod znaku Unixa, C++, HTML-u, Javy, usenetu i hakerskiej partyzantki.

Powstania ludowe zawsze występują przeciw władzy pieniądza, nader często podejmując próbę unieważnienia praw rynku na rzecz utopijnych koncepcji organizacji życia społecznego opartego na "sprawiedliwym" podziale, a nie wolnej konkurencji. W przeciwieństwie do politycznych, rewolucje rynkowe mają jednak to do siebie, że nigdy nie wygrywając wojny często odnoszą zwycięstwo - w tym sensie, że budują nowy rynek, ochoczo wchłaniany przez rzekomo wrogi establishment. Tak było np. z rewolucją hipisowską. W aspekcie społeczno-politycznym ruch ten szybko stracił jakiekolwiek znaczenie, natomiast w aspekcie biznesowym został z wielkim sukcesem inkorporowany przez świat kapitału w postaci wielkiego, odświeżającego impulsu dla rynku muzycznego, a także dla rynku sztuki.

Inny przykład, jaki przychodzi mi na myśl, to historia mormonów. Podobno dawno temu, w czasach pionierskich, mormońscy farmerzy wyróżniali się tym, że sprzedawali produkty po bardzo niskich cenach, jednocześnie niesłychanie dbając o jakość. Postępując w ten sposób kierowali się inspirowanym religią przekonaniem, że nie godzi się żądać cen wyższych niż te, które zapewniają proste przeżycie, gdyż byłoby to sprzeczne z ewangelicznym nakazem miłości bliźniego. Skutek ekonomiczny wdrożenia tej ideologii był taki, że mormoni szybko i skutecznie wykosili całą konkurencję z rynku rolnego stanu Utah (obecnie bardzo bogatego), nad którym do dziś utrzymują niepodzielną władzę.

Procesowi podobnemu do mormońskich farmerów i hipisowskiego rocka podlega dziś Linux. Jego "gratisowość" należy oczywiście włożyć między bajki; pamiętajmy też, że rozdawanie za darmo to trochę nieszablonowa, ale jednak stara jak świat metoda napędzania biznesu. Co prawda, sam system rzeczywiście można sobie ściągnąć z Internetu albo kupić na CD w cenie nośnika, ale nabycie systemu to tylko drobna część operacji. System trzeba przecież wdrożyć do konkretnego środowiska sprzętowego i sieciowego, następnie administrować, uaktualniać itd. To tu dopiero jest właściwy zarobek. Z tego "darmowego" systemu żyją dziś tysiące ludzi, w tym kilka firm o zasięgu globalnym, osiągających niebotyczne notowania giełdowe, zaś do grona gorących wielbicieli dołączają tacy kontestatorzy jak IBM, Oracle, Computer Associates, Dell...

Pozorność antynomii rewolucja-komercja uosabia sam twórca Linuxa. Linus Thorvalds, z tego co o nim wiadomo, nigdy nie czerpał zysków z Linuxa, ale... Sława Linuxa zapewniła skromnemu programiście z peryferyjnego kraju najbardziej atrakcyjne zatrudnienie, jakie tylko można sobie wyobrazić w zawodzie informatyka. A co by było, gdyby Thorvalds próbował swój system sprzedawać, np. jako shareware? Nie ma wątpliwości - Linux utonąłby w szarej masie tysięcy innych programów napisanych przez setki podobnych sobie narwanych programistów. Kariera Thorvaldsa, który dziś bryluje jako świetnie opłacana gwiazda Krzemowej Doliny, z jednej strony pozwala wysnuć optymistyczny wniosek, iż wciąż się zdarza, że talent plus szlachetne intencje znajdują wynagrodzenie jeszcze na tym świecie. Z drugiej zaś strony doskonale komponuje się ze znaną tezą o inkorporacji rewolucji przez establishment, który w ostatecznym rozrachunku na tejże rewolucji robi świetne interesy.

Copyright © TELEINFO. Wszystkie prawa zastrzeżone.